niedziela, 30 listopada 2014

Mama wraca do pracy




 Tak, to już jutro. Za kilkanaście godzin będę piła kawę z korporacyjnego ekspresu. Trzymajcie za mnie kciuki, bo o ile o pracę się nie martwię, o tyle rozłąka z Zochą zaczęła mnie przerażać...

środa, 26 listopada 2014

Zgubiony magister

Gdzieś się zgubił mój tytuł. Dokładniej - napisanie pracy, złożenie jej i obrona, a w efekcie tytuł. 

Licencjat na dobrym uniwersytecie obroniłam na 5, dzięki dobrej pracy i wysokiej średniej. Potem postanowiłam zmienić miasto i tryb - na zaoczne. Ojciec był przeciwny, prosił żebym szła na dzienne, bo przecież oni mogą mnie utrzymać. Nie posłuchałam i postawiłam na swoim. Znalazłam pracę, sama opłacałam więc życie, a na szkołę dostawałam od rodziców. Zgodzili się tylko na najlepszą szkołę w Warszawie, wg nich oczywiście, czyli UW. Bululi więc srogo! 

A ja? Dwa lata temu uzyskałam absolutorium. Termin składania pracy minął we wrześniu. A ja zagubiona owieczka staram się to jakoś odkręcić i jednak napisać pracę. Jedno podanie zaowocowało drugim, którego dowieźć nie mogę, bo Zośka ma katar i pociągiem jej nie zaciągnę, a mąż ma szkolenie i nie ma opcji, żeby został w domu. Chyba właśnie tracę kolejną szansę na znalezienie mojego zagubionego magistra. 

Mam nadzieję, że zepnę jakoś poślady i jeszcze uda się coś odkręcić. Pewnie to tylko moje urojenie, ale chcę trzymać się tej myśli. Mam temat, konspekt, trochę materiałów, nowego promotora i brak decyzji,że mogę startować.

Jak składałam pierwsze podanie, to Pani z dziekanatu (taaa przemiła osoba!) stwierdziła, że teraz to już za późno i powinnam umieć wybrać wcześniej co dla mnie ważne. Odpowiedziałam, że wybrałam i właśnie siedzi na moich kolanach. 

Tak, nie mam magistra, ale mam dziecko, męża, dom i pracę. Chyba nie jest tak źle? Zawsze byłam ambitna i tytuł jest ważny dla mojej głowy. Mogłabym zacząć inne studia, ale szkoda mi 14tys. zł moich rodziców, moich pieniędzy na dojazdy etc, no i tego czasu. Dwóch straconych lat. Zaliczałam wszystko w pierwszych terminach, bez poprawek, warunków, bez proszenia. I wszystko zawaliłam na koniec. Przykro. Sierota jestem i tyle. Tak, wiem - to moja wina. Poronienie, ciąża z lekkimi problemami i macierzyństwo nie pomogło ogarnąć tematu, ale mimo wszystko to moja wina.

Czy uda mi się jakoś to odkręcić? Wątpię. Ale staram się, zawsze jakiś 1% nadziei jest :)

niedziela, 23 listopada 2014

Dopadło mnie coś

Nie wiem co. Może to, że wydalam na fryzjera 150zł i mam gówno na głowie. A może to, że mając budżet, czas i chęć kupiłam tylko jedne jeansy i sweter, w związku z czym nie będę miała w co się ubrać za tydzień? A może wpływ ma na to fakt, że mam sajgon w domu i nie mam siły palcem ruszyć? Albo to, że za 2 tygodnie kiermasz, a ja mam przygotowane 2% towaru? Jęczące i ząbkujące dziecko to też może być coś, co mnie dopadło? 

Ratunku. Motywacji i dobrego słowa potrzebuję.

czwartek, 20 listopada 2014

Przychodnia odc. 1 - matka z niemowlakiem

olx.pl/oferta/animal-care-rtg-usg-ekg-przychodnia-weterynaryjna-CID103-IDyWRl.html
Taaak, o przychodniach można opowiadać i opowiadać. O terminach, zapisach, kolejkach, uczestnikach kolejki, lekarzach, pielęgniarkach, warunkach etc. Dzisiaj jednak o matkach z niemowlakami, które znalazły się tam same. 

Co prawda Zofia niemowlakiem zaraz przestanie być, ale temat znam bardzo dobrze i może jeszcze kiedyś będzie mnie dotyczył. Dzisiaj byłyśmy w przychodni i po obserwacjach stwierdziłam po raz kolejny pewną zależność. Oczywiście na wstępnie zaznaczam, że nie każda tak ma, i że nie czepiam się - nie zalewajcie mnie więc hejtami.

Przychodzi kobieta z niemowlakiem do przychodni - normalna sprawa. Ciekawiej robi się, gdy dziecko ma tak do pół roku, jest zimno, więc dzieciak opatulony, jest sama, opóźnienie u lekarza, dziecko robi się głodne/coś je denerwuje.Taaak, byłam nie raz w takiej sytuacji. Bo przecież ja siedzę w domu, a mąż w pracy, to co go będę fatygować - poradzę sobie. Ja supermatka nie dam rady?! No i dawałam. 

Taka sytuacja - dzieciak 3 miesiące, w kombinezonie, więc darcie japy przy rozbieraniu, udaje się rozebrać i uspokoić, przysypia. Wtedy inny dzieciak zaczyna ryczeć, więc moje też ryczy. Mija godzina w kolejce, ręce odpadają, bo przyjechałam samochodem, więc wózka brak, a dzieciak w foteliku nie chce, woli ręce. Jeść chce, ale przecież nie karmię cycem, bo skazę ma. Woda już wystygła, bo termosik okazał się gównem, a nie termosikiem. No dobra, jakoś rozmieszałam grudki i dzieciak zjadł. No, a następnie soczyście beknął i ulał, bo ulewa strasznie. Ulał na mnie jakby ktoś się pytał. Wiem dokładnie, że przez to ogromne opóźnienie spóźnię się na usg bioderek i będę musiała czekać w kolejnej, skoro się spóźniłam. Patrzę na lewo - kobieta z mężem i z noworodkiem. Zazdroszczę, że nie sama i myślą - jak Ci dobrze, poczekaj 2 miesiące, będziesz patrzeć na siebie, tak jak teraz patrzysz na mnie. 

Wiem, że niektórzy mężowie są na każdej wizycie u lekarza z matką dziecka i rzeczonym dzieckiem, ale z obserwacji wynika, że nieczęsto towarzyszom niemowlakom (o wieku przedszkolnym nie wspomnę). Kobieta czasem na swoje życzenie (jak ja, silna supermatka-bohaterka), czasem z przyczyn losowych są same. Nie jest to żadna uszczypliwość do mężczyzn, po prostu tak jest. Jeśli, któryś czuje się urażony, to przepraszam - nie to jest moim zamiarem. Nie tego dotyczyć ma mój post, chodzi o zachowanie takowej matki.

Najpierw dziecko uspakaja, przytula, niańczy z uśmiechem na ustach. Powoli zaczyna się irytować i tracić siłę, ale uśmiecha się do innych dzieci i wciska swojemu smoka, żeby tylko przestał. Patrzy na zegarek, chodzi. Z dzieckiem na rękach chodzi. Ewentualnie dziecko buja nogą w foteliku/wózku. Rozgląda się, zaczyna komentować, że ile jeszcze w tej kolejce i co to w ogóle jest. Myśli o tym, że ma niemowlaka, ale nikt jej nie przepuści, bo przecież też się spieszy, a zapomniał już co to znaczy z takim maluchem spędzić 2h lub więcej w przychodni. Jak dzieciak czeka na szczepienie to jeszcze przejdzie, ale jak jest chore i marudne to powiesić się można. Wtedy myśli, że dziecko zarazi się jeszcze miliardem innych rzeczy, oprócz tej jednej, z którą tu przyszło. Ma coraz bardziej dosyć i chce jej się wyć. To widać. Podkreślam po raz kolejny, że generalizuję i nie każda tak ma - nie zjadajcie mnie! No, w końcu jej kolej, ale... wciska się ktoś "bo musi tylko o coś zapytać/poprosić o skierowanie", minutka dosłownie, która trwa kolejne pół godziny... Jak już wejdzie do gabinetu to dzieciak zaczyna wyć od nowa. Po wizycie - ulga na twarzy lub chęć ucieczki. 

Matki w przychodni. Można pisać i pisać. Ja zazwyczaj czułam się właśnie tak, jak opisałam. Na własne życzenie. Z kolejnym będę męczyć męża...

środa, 19 listopada 2014

Matka wraca do pracy odcinek 1525!

No, wraca. Za 1,5 tygodnia o tej porze będzie siedziała za biureczkiem z nosem wlepionym w Excela i popijała zimną kawę lub dyskutowała z klientem w jego nowej, odpicowanej siedzibie. 

Ale... bo zawsze jest jakieś "ale"! Kwestia drugiej siedziby, tym razem mojej firmy, już nieaktualna. Wracam tam, gdzie pracowałam kiedyś i pracować będę z klientem, którego obsługiwałam prawie 2 lata (swoją drogą nieźle brzmi "obsługiwanie klienta"). Czyli z totalnie nowej sytuacji mającej nastąpić z dniem pierwszego grudnia - będzie to, co zostawiłam odchodząc na zwolnienie. Co prawda tylko na kilka miesięcy, potem nadejdzie tzw. nowe. Okazuje się, że kolega ma awarię, a operacja i rehabilitacja trochę potrwa. Potrzebują zastępstwa. Padło na mnie.

Cieszę się, bo wrócę do ludzi, których dobrze znam. Do przyjaciółek z którymi spotykam się poza pracą. Doszło już do mnie, że wracam, ale nie wyobrażam sobie siebie przy wspomnianym biureczku. Jakoś tak dziwnie będzie. Tak, tak - cieszę się, że wrócę do pracy. Fryzjer zaliczony, kolejna wizyta za tydzień, potem paznokcie, a w weekend zakupy ciuchowe ( które zaproponował mąż - fajny no nie?).

Podczas gdy ja urządzam sobie odnowę wizerunku, moja córka ma się świetnie w żłobku. Załączone zdjęcie proszę Państwa to jej pierwsza fota dokumentująca edukację. Mam jeszcze magnes na lodówkę, który podtrzymuje jej pierwszy rysunek i kalendarz, który zawiśnie u dziadków. Duperele takie, średniej jakości, ale jakże cieszy jak na nich widnieje facjata ukochanego dzieciaka, który na dodatek jako jedyny uśmiechał się do fotografa (nie licząc starszaków).

Już środa, wiecie? Miłego dnia!!!

poniedziałek, 17 listopada 2014

Stylóweczka!

Wybory wyborami, ale stylóweczka musi być! 

Zosia udała się z nami wczoraj na wybory. W sumie innego wyjścia nie było, bo niby z kim mogłaby zostać?! Koty byłyby chyba nie bardzo zainteresowane zmianą pampersów. 

W każdym razie pojechaliśmy i zagłosowaliśmy. Zofia sama wrzuciła karty (prawie sama no!)do urny i była niezwykle szczęśliwa z tegoż powodu.

No, ale ja przecież o stylóweczce. No muszę się pochwalić, bo nie wytrzymam. Pewnie dla tych, które szydełkiem operują zwinnie nie będzie to mega rzecz, ale ja tam dumna jestem :)

Czapa. Przedstawiam czapę. No ma też szalik na zdjęciu bez pomponów, teraz już z. Ja też takowy posiadam i zakładam go zawsze gdy odprowadzam Zosię do żłobka. Tak, żebyśmy miały coś wspólnego. Ona tego nie rozumie, ale mi się tak jakoś cieplej robi. 


Miłego tygodnia!

sobota, 15 listopada 2014

Nie taki żłobek straszny...

No, nie. Więcej paniki i strachu niż to warte. 

Zaczęłyśmy od adaptacji - w ostatnim październikowym tygodniu. Pierwszego dnia spędziłyśmy w żłobku 2h na zabawie i jedzeniu. Miałam z nią przychodzić tak przez kilka dni i stopniowo zwiększać dystans, ale z okazji tego, że Zoch miał mnie gdzieś i wolał bawić się z dziećmi, już następnego dnia Pani poprosiła, żeby zostawić ją samą. Ja z zaciśniętym gardłem, sprawdzająca telefon i szwendająca się dookoła żłobka przez 2h - niezapomniane przeżycie. A Zosia? Jak weszłam jadła zupę, uśmiechnęła się na mój widok, poradowała, pokrzyczała 2min i wróciła do posiłku.

Od listopada chodzi od 8.30 do 12. Tylko raz płakała jak ją zostawiałam, reszta dni bez zarzutu. Wczoraj podobno przebiła już samą siebie. I wszystko zjadła co dali. A to dziwne, bo ochoty ostatnio na jedzenie nie ma i niestety nam schudła. Jesteśmy w trakcie wyjaśniania tegoż zjawiska.

Cieszę się, że nie płacze i bawi się dobrze, a gdy mnie zobaczy w szatni krzyczy "mama". Przez te 3 tygodnie nauczyła się taaaak wiele. Ostatnio wsadziła do nocnika misia i woziła go po dywanie jak w samochodziku. 

Na zdjęciach Zosia w stroju na bal dyniowy z okazji szatańskiego święta zwanego Halloween. Oczywiście tuniczka handmade!

piątek, 14 listopada 2014

Szmaciana lalka poszukiwana!

Kochane, gdzie kupię piękną szmacianą lalkę dla rocznej dziewczynki? Pomóżcie proszę, roczek zbliża się wielkimi krokami :)

czwartek, 13 listopada 2014

Za miesiąc Zosia skończy rok...

... tak już rok. Chcę być przy Niej przez resztę moich dni i mam nadzieję, że będą liczone w długich latach. Pomóżcie proszę Agnieszce, która chce być jeszcze przez wiele, wiele lat ze swoją córeczką. 

Zbieram dla Agi, z okazji zbliżających się urodzin Zosi. Zamiast życzeń prosimy o złotówkę, nie dla nas - dla Agi! Bo każda złotówka to kawałek tych 500 tys. , ta kwota nie jest duża, bo przecież życie jest bezcenne!


W prawym górnym rogu znajdziecie ikonkę zbiórki. Na wszelki wypadek jeszcze link --> Zbiórka dla Agi

Dziękuję kochane i wierzę, że uda nam się wspólnie pomóc Agnieszce!!!

piątek, 7 listopada 2014

Czasu brak!

Niech mi ktoś podrzuci jakieś magiczne zaklęcie czy szamańskie rytuały - cokolwiek! Oby tylko dobra mogła się wydłużyć... Czasu brak, wciąż brak czasu! Ledwie wyrabiam się ze wszystkim. To zdecydowanie nie czas na drugie dziecko, ostatnio to zrozumiałam. No chyba, że chciałabym już totalnie ześwirować.

Za niecały miesiąc wracam do pracy. Już się boję. Nie wiem czego, ale po ponad roku to dziwne uczucie wrócić do pracy. Na szczęście Zocha uwielbia żłobek. Jeden problem z głowy.