wtorek, 23 grudnia 2014

Święta

Tak, święta przed nami. Drugie z kolei Święta Bożego Narodzenia gdy Ona jest z nami. Dopiero drugie i aż drugie. 

Nie wyobrażam sobie nas bez Niej. To dzięki Niej życie nabrało sensu, to dla Niej wstaję każdego dnia. Taka malutka, a tak wielka. Cała moja.

Życzę Wam, by te święta były pełne ciepła, miłości i radości. Nie zastanawiajcie się co postawić na stół, czy prezenty są wystarczająco drogie, nie myślcie, ze Wigilia miała być na 16, a 15 po wciąż jesteście niegotowi... Święta to czas dla rodziny, bliskich. Zostawcie ten codzienny pęd gdzieś daleko i pozwólcie sobie na zwolnienie tempa. Na rozmowy, uściski, na uśmiech i spokój. 

Tym, które swego cudu jeszcze oczekują, życzę by się zmaterializował. Zdrowy i radosny.

Wesołych Świąt!

niedziela, 21 grudnia 2014

Kochamy drewniane zabawki

Tak, kochamy i kropka! Może nie świecą i nie grają miliarda ciekawych piosenek, ale mają duszę. No i są absolutnie piękne!

Z okazji tego, że ostatnio nasza Zosia skończyła rok, kolekcja powiększyła się o kilka ciekawych i godnych polecenia zabawek.

1. Koń na biegunach
Z oparciem, niewysoki (chociaż Zosia nie dosięga jeszcze nogami do podłogi), skromny i świetnie wyważony. Zosia sama zaczyna robić już "buju buju"! Będzie świetną zabawką na długie lata.
Cena: ok 240zł
http://www.epinokio.pl/product-pol-7227-Konik-na-biegunach-dla-dzieci-z-oparciem.html 

2. Wózek dla lalek

Piękny, różowy wózek, który może być gondolą (na zdjęciu), spacerówką, a po odkręceniu rączki i kółek staje się kołyską. Zocha od razu zaczęła robić "aaa aaa" i pchać wózek.Idealnie sprawdzi się także w roli pchacza :)
Cena: ok. 240zł
http://www.piccoland.pl/lalki-i-akcesoria/122-tidlo-drewniany-wozek-gleboki-3-w-1.html

3. Klocki Eichhorn

Drewniane, kolorowe, z różnymi fakturami. Piękne i ponadczasowe! Idealne do zbudowania domku, zamku lub całego miasteczka. Zocha wyciąga klocki z wiaderka, ja układam z nich budowle, a mała robi "bach"! Świetna zabawa nawet przy sprzątaniu.
Cena: ok. 50zł (za opakowanie 50szt.)
 http://www.mall.pl/drewniane-zestawy/eichhorn-klocki-drewniane-50-szt-sorter

4. Owieczka Suzi

Owieczka ze sznureczkiem, na kółkach - można iść i ciągnąć, a jak się chodzić nie umie, to bawić się inaczej. Zosia owieczką "jeździ" jak samochodzikiem lub gryzie, bo zęby idą. Ma piękne kolory i jest prześliczna!
Cena: ok. 45 zł
http://www.nefere.pl/656,GOKI-Owieczka-do-ciagniecia-Suzi

To nasze najciekawsze drewniane zdobycze. Możliwe, że w święta dołączy do nas jeszcze coś, ale to się okaże za kilka dni :) 

Pamiętacie jak szukałam lalki szmacianej dla Zosi? Znalazłam. Opiszę ją w następnym poście!

sobota, 13 grudnia 2014

To już dwa tygodnie, to już rok...





Od 2 tygodni pracuję i o dziwo, mam się dobrze. Bardzo szybko wdrożyłam się w całą tą korporacyjną maszynerię i pracuję pełną parą. Dobrze mi tak. Od lutego przenoszę się jednak tam, gdzie miałam pracować od początku. Znowu czeka mnie więc "nowe". Brakuje mi Zosi, dzwonię do żłobka, do opiekunki. Gdy wracam do domu wciąż ją przytulam i całuję, a ona stał się straszliwym przytulasem i mogę ją miętosić do woli! Jest taka duża i samodzielna, a jednocześnie tak delikatna. No i ma już rok!

Tak, w piątek skończyła roczek, a wczoraj było przyjęcie. Prawdziwy kinderbal z 3 niemowlakami, jednym przedszkolakiem i naszym roczniakiem. Do tego 14 dorosłych. Nie wiem jak to ogarnęłam, ale było fajnie :) Może uda mi się za jakiś czas pokazać Wam jak to wyglądało, jak znajdę czas oczywiście. Najbardziej dumna jestem z domowej roboty tortu! 
 
Zocha bawiła się świetnie i dostała mnóstwo fajnych prezentów. O tym w sumie też może powstanie post, bo mamy kilka fajnych pozycji takich jak drewniany, piękny wózek! Mała od razu wiedziała co z nim robić - jak wsadziłam misia, to zaczęła machać wózkiem i mówić "aaa aaaa". Prawdziwa kobieta!





Na ostatnim zdjęciu obraz po burzy, znaczy się po imprezie! Miłej niedzieli!



wtorek, 2 grudnia 2014

Matka Zombie

Zostałam zombiakiem, serio! Ale od początku... skoro w poniedziałek miałam stawić się rano w pracy, to przecież Zośka musiała ryczeć całą noc z okazji spuchniętych dziąseł. Szczerze mi jej żal i nienawidzę patrzeć jak cierpi, ale termin wybrała sobie zawodowy... Po wszystkich zabiegach, podanych lekach, nasmarowanych dziąsłach usnęła ok 3 i budziła się jak tylko ją dotknęłam. Bo spałyśmy razem, nie było sensu biegania między pokojami. Łącznie dało mi to ok 2h snu. Z pracy wróciłam o 18, pojechałam ogarniać biznesy Kropkowe, a następnego dnia musiałam wstać o 5, bo ciąg dalszy wspomnianych biznesów.Dzisiaj po pracy pojechałam po materiały, bo potrzebne mi go mnóstwo. Jest po 20, a ja nie jadłam nic od 13, zasypiam na stojąco, a przede mną jeszcze miliard spraw do ogarnięcia. 

W pracy od razu pełen ogień. Kolegi,którego zastępuje nie ma od tygodnia, więc mam co robić! Korporacyjne życie wciągnęło mnie w kilka minut, a co najlepsze wcale nie jest mi z tym faktem źle!

Okazuje się, że można być matką pracującą i zaczynającą biznesy, która jest zombiakiem, ale jednocześnie szczęśliwą kobietą. Bo ja się chyba najlepiej odnajduję gdy jestem w ciągłym biegu. Cieszę się szczegółami o wiele mocniej niż wcześniej i oczekuję weekendu 100 razy bardziej. Dopiero 2 dni w pracy, ciekawe co będzie dalej. Obecnie nie jest źle, chociaż wiem, że kryzys nadejdzie niebawem :)

niedziela, 30 listopada 2014

Mama wraca do pracy




 Tak, to już jutro. Za kilkanaście godzin będę piła kawę z korporacyjnego ekspresu. Trzymajcie za mnie kciuki, bo o ile o pracę się nie martwię, o tyle rozłąka z Zochą zaczęła mnie przerażać...

środa, 26 listopada 2014

Zgubiony magister

Gdzieś się zgubił mój tytuł. Dokładniej - napisanie pracy, złożenie jej i obrona, a w efekcie tytuł. 

Licencjat na dobrym uniwersytecie obroniłam na 5, dzięki dobrej pracy i wysokiej średniej. Potem postanowiłam zmienić miasto i tryb - na zaoczne. Ojciec był przeciwny, prosił żebym szła na dzienne, bo przecież oni mogą mnie utrzymać. Nie posłuchałam i postawiłam na swoim. Znalazłam pracę, sama opłacałam więc życie, a na szkołę dostawałam od rodziców. Zgodzili się tylko na najlepszą szkołę w Warszawie, wg nich oczywiście, czyli UW. Bululi więc srogo! 

A ja? Dwa lata temu uzyskałam absolutorium. Termin składania pracy minął we wrześniu. A ja zagubiona owieczka staram się to jakoś odkręcić i jednak napisać pracę. Jedno podanie zaowocowało drugim, którego dowieźć nie mogę, bo Zośka ma katar i pociągiem jej nie zaciągnę, a mąż ma szkolenie i nie ma opcji, żeby został w domu. Chyba właśnie tracę kolejną szansę na znalezienie mojego zagubionego magistra. 

Mam nadzieję, że zepnę jakoś poślady i jeszcze uda się coś odkręcić. Pewnie to tylko moje urojenie, ale chcę trzymać się tej myśli. Mam temat, konspekt, trochę materiałów, nowego promotora i brak decyzji,że mogę startować.

Jak składałam pierwsze podanie, to Pani z dziekanatu (taaa przemiła osoba!) stwierdziła, że teraz to już za późno i powinnam umieć wybrać wcześniej co dla mnie ważne. Odpowiedziałam, że wybrałam i właśnie siedzi na moich kolanach. 

Tak, nie mam magistra, ale mam dziecko, męża, dom i pracę. Chyba nie jest tak źle? Zawsze byłam ambitna i tytuł jest ważny dla mojej głowy. Mogłabym zacząć inne studia, ale szkoda mi 14tys. zł moich rodziców, moich pieniędzy na dojazdy etc, no i tego czasu. Dwóch straconych lat. Zaliczałam wszystko w pierwszych terminach, bez poprawek, warunków, bez proszenia. I wszystko zawaliłam na koniec. Przykro. Sierota jestem i tyle. Tak, wiem - to moja wina. Poronienie, ciąża z lekkimi problemami i macierzyństwo nie pomogło ogarnąć tematu, ale mimo wszystko to moja wina.

Czy uda mi się jakoś to odkręcić? Wątpię. Ale staram się, zawsze jakiś 1% nadziei jest :)

niedziela, 23 listopada 2014

Dopadło mnie coś

Nie wiem co. Może to, że wydalam na fryzjera 150zł i mam gówno na głowie. A może to, że mając budżet, czas i chęć kupiłam tylko jedne jeansy i sweter, w związku z czym nie będę miała w co się ubrać za tydzień? A może wpływ ma na to fakt, że mam sajgon w domu i nie mam siły palcem ruszyć? Albo to, że za 2 tygodnie kiermasz, a ja mam przygotowane 2% towaru? Jęczące i ząbkujące dziecko to też może być coś, co mnie dopadło? 

Ratunku. Motywacji i dobrego słowa potrzebuję.

czwartek, 20 listopada 2014

Przychodnia odc. 1 - matka z niemowlakiem

olx.pl/oferta/animal-care-rtg-usg-ekg-przychodnia-weterynaryjna-CID103-IDyWRl.html
Taaak, o przychodniach można opowiadać i opowiadać. O terminach, zapisach, kolejkach, uczestnikach kolejki, lekarzach, pielęgniarkach, warunkach etc. Dzisiaj jednak o matkach z niemowlakami, które znalazły się tam same. 

Co prawda Zofia niemowlakiem zaraz przestanie być, ale temat znam bardzo dobrze i może jeszcze kiedyś będzie mnie dotyczył. Dzisiaj byłyśmy w przychodni i po obserwacjach stwierdziłam po raz kolejny pewną zależność. Oczywiście na wstępnie zaznaczam, że nie każda tak ma, i że nie czepiam się - nie zalewajcie mnie więc hejtami.

Przychodzi kobieta z niemowlakiem do przychodni - normalna sprawa. Ciekawiej robi się, gdy dziecko ma tak do pół roku, jest zimno, więc dzieciak opatulony, jest sama, opóźnienie u lekarza, dziecko robi się głodne/coś je denerwuje.Taaak, byłam nie raz w takiej sytuacji. Bo przecież ja siedzę w domu, a mąż w pracy, to co go będę fatygować - poradzę sobie. Ja supermatka nie dam rady?! No i dawałam. 

Taka sytuacja - dzieciak 3 miesiące, w kombinezonie, więc darcie japy przy rozbieraniu, udaje się rozebrać i uspokoić, przysypia. Wtedy inny dzieciak zaczyna ryczeć, więc moje też ryczy. Mija godzina w kolejce, ręce odpadają, bo przyjechałam samochodem, więc wózka brak, a dzieciak w foteliku nie chce, woli ręce. Jeść chce, ale przecież nie karmię cycem, bo skazę ma. Woda już wystygła, bo termosik okazał się gównem, a nie termosikiem. No dobra, jakoś rozmieszałam grudki i dzieciak zjadł. No, a następnie soczyście beknął i ulał, bo ulewa strasznie. Ulał na mnie jakby ktoś się pytał. Wiem dokładnie, że przez to ogromne opóźnienie spóźnię się na usg bioderek i będę musiała czekać w kolejnej, skoro się spóźniłam. Patrzę na lewo - kobieta z mężem i z noworodkiem. Zazdroszczę, że nie sama i myślą - jak Ci dobrze, poczekaj 2 miesiące, będziesz patrzeć na siebie, tak jak teraz patrzysz na mnie. 

Wiem, że niektórzy mężowie są na każdej wizycie u lekarza z matką dziecka i rzeczonym dzieckiem, ale z obserwacji wynika, że nieczęsto towarzyszom niemowlakom (o wieku przedszkolnym nie wspomnę). Kobieta czasem na swoje życzenie (jak ja, silna supermatka-bohaterka), czasem z przyczyn losowych są same. Nie jest to żadna uszczypliwość do mężczyzn, po prostu tak jest. Jeśli, któryś czuje się urażony, to przepraszam - nie to jest moim zamiarem. Nie tego dotyczyć ma mój post, chodzi o zachowanie takowej matki.

Najpierw dziecko uspakaja, przytula, niańczy z uśmiechem na ustach. Powoli zaczyna się irytować i tracić siłę, ale uśmiecha się do innych dzieci i wciska swojemu smoka, żeby tylko przestał. Patrzy na zegarek, chodzi. Z dzieckiem na rękach chodzi. Ewentualnie dziecko buja nogą w foteliku/wózku. Rozgląda się, zaczyna komentować, że ile jeszcze w tej kolejce i co to w ogóle jest. Myśli o tym, że ma niemowlaka, ale nikt jej nie przepuści, bo przecież też się spieszy, a zapomniał już co to znaczy z takim maluchem spędzić 2h lub więcej w przychodni. Jak dzieciak czeka na szczepienie to jeszcze przejdzie, ale jak jest chore i marudne to powiesić się można. Wtedy myśli, że dziecko zarazi się jeszcze miliardem innych rzeczy, oprócz tej jednej, z którą tu przyszło. Ma coraz bardziej dosyć i chce jej się wyć. To widać. Podkreślam po raz kolejny, że generalizuję i nie każda tak ma - nie zjadajcie mnie! No, w końcu jej kolej, ale... wciska się ktoś "bo musi tylko o coś zapytać/poprosić o skierowanie", minutka dosłownie, która trwa kolejne pół godziny... Jak już wejdzie do gabinetu to dzieciak zaczyna wyć od nowa. Po wizycie - ulga na twarzy lub chęć ucieczki. 

Matki w przychodni. Można pisać i pisać. Ja zazwyczaj czułam się właśnie tak, jak opisałam. Na własne życzenie. Z kolejnym będę męczyć męża...

środa, 19 listopada 2014

Matka wraca do pracy odcinek 1525!

No, wraca. Za 1,5 tygodnia o tej porze będzie siedziała za biureczkiem z nosem wlepionym w Excela i popijała zimną kawę lub dyskutowała z klientem w jego nowej, odpicowanej siedzibie. 

Ale... bo zawsze jest jakieś "ale"! Kwestia drugiej siedziby, tym razem mojej firmy, już nieaktualna. Wracam tam, gdzie pracowałam kiedyś i pracować będę z klientem, którego obsługiwałam prawie 2 lata (swoją drogą nieźle brzmi "obsługiwanie klienta"). Czyli z totalnie nowej sytuacji mającej nastąpić z dniem pierwszego grudnia - będzie to, co zostawiłam odchodząc na zwolnienie. Co prawda tylko na kilka miesięcy, potem nadejdzie tzw. nowe. Okazuje się, że kolega ma awarię, a operacja i rehabilitacja trochę potrwa. Potrzebują zastępstwa. Padło na mnie.

Cieszę się, bo wrócę do ludzi, których dobrze znam. Do przyjaciółek z którymi spotykam się poza pracą. Doszło już do mnie, że wracam, ale nie wyobrażam sobie siebie przy wspomnianym biureczku. Jakoś tak dziwnie będzie. Tak, tak - cieszę się, że wrócę do pracy. Fryzjer zaliczony, kolejna wizyta za tydzień, potem paznokcie, a w weekend zakupy ciuchowe ( które zaproponował mąż - fajny no nie?).

Podczas gdy ja urządzam sobie odnowę wizerunku, moja córka ma się świetnie w żłobku. Załączone zdjęcie proszę Państwa to jej pierwsza fota dokumentująca edukację. Mam jeszcze magnes na lodówkę, który podtrzymuje jej pierwszy rysunek i kalendarz, który zawiśnie u dziadków. Duperele takie, średniej jakości, ale jakże cieszy jak na nich widnieje facjata ukochanego dzieciaka, który na dodatek jako jedyny uśmiechał się do fotografa (nie licząc starszaków).

Już środa, wiecie? Miłego dnia!!!

poniedziałek, 17 listopada 2014

Stylóweczka!

Wybory wyborami, ale stylóweczka musi być! 

Zosia udała się z nami wczoraj na wybory. W sumie innego wyjścia nie było, bo niby z kim mogłaby zostać?! Koty byłyby chyba nie bardzo zainteresowane zmianą pampersów. 

W każdym razie pojechaliśmy i zagłosowaliśmy. Zofia sama wrzuciła karty (prawie sama no!)do urny i była niezwykle szczęśliwa z tegoż powodu.

No, ale ja przecież o stylóweczce. No muszę się pochwalić, bo nie wytrzymam. Pewnie dla tych, które szydełkiem operują zwinnie nie będzie to mega rzecz, ale ja tam dumna jestem :)

Czapa. Przedstawiam czapę. No ma też szalik na zdjęciu bez pomponów, teraz już z. Ja też takowy posiadam i zakładam go zawsze gdy odprowadzam Zosię do żłobka. Tak, żebyśmy miały coś wspólnego. Ona tego nie rozumie, ale mi się tak jakoś cieplej robi. 


Miłego tygodnia!

sobota, 15 listopada 2014

Nie taki żłobek straszny...

No, nie. Więcej paniki i strachu niż to warte. 

Zaczęłyśmy od adaptacji - w ostatnim październikowym tygodniu. Pierwszego dnia spędziłyśmy w żłobku 2h na zabawie i jedzeniu. Miałam z nią przychodzić tak przez kilka dni i stopniowo zwiększać dystans, ale z okazji tego, że Zoch miał mnie gdzieś i wolał bawić się z dziećmi, już następnego dnia Pani poprosiła, żeby zostawić ją samą. Ja z zaciśniętym gardłem, sprawdzająca telefon i szwendająca się dookoła żłobka przez 2h - niezapomniane przeżycie. A Zosia? Jak weszłam jadła zupę, uśmiechnęła się na mój widok, poradowała, pokrzyczała 2min i wróciła do posiłku.

Od listopada chodzi od 8.30 do 12. Tylko raz płakała jak ją zostawiałam, reszta dni bez zarzutu. Wczoraj podobno przebiła już samą siebie. I wszystko zjadła co dali. A to dziwne, bo ochoty ostatnio na jedzenie nie ma i niestety nam schudła. Jesteśmy w trakcie wyjaśniania tegoż zjawiska.

Cieszę się, że nie płacze i bawi się dobrze, a gdy mnie zobaczy w szatni krzyczy "mama". Przez te 3 tygodnie nauczyła się taaaak wiele. Ostatnio wsadziła do nocnika misia i woziła go po dywanie jak w samochodziku. 

Na zdjęciach Zosia w stroju na bal dyniowy z okazji szatańskiego święta zwanego Halloween. Oczywiście tuniczka handmade!

piątek, 14 listopada 2014

Szmaciana lalka poszukiwana!

Kochane, gdzie kupię piękną szmacianą lalkę dla rocznej dziewczynki? Pomóżcie proszę, roczek zbliża się wielkimi krokami :)

czwartek, 13 listopada 2014

Za miesiąc Zosia skończy rok...

... tak już rok. Chcę być przy Niej przez resztę moich dni i mam nadzieję, że będą liczone w długich latach. Pomóżcie proszę Agnieszce, która chce być jeszcze przez wiele, wiele lat ze swoją córeczką. 

Zbieram dla Agi, z okazji zbliżających się urodzin Zosi. Zamiast życzeń prosimy o złotówkę, nie dla nas - dla Agi! Bo każda złotówka to kawałek tych 500 tys. , ta kwota nie jest duża, bo przecież życie jest bezcenne!


W prawym górnym rogu znajdziecie ikonkę zbiórki. Na wszelki wypadek jeszcze link --> Zbiórka dla Agi

Dziękuję kochane i wierzę, że uda nam się wspólnie pomóc Agnieszce!!!

piątek, 7 listopada 2014

Czasu brak!

Niech mi ktoś podrzuci jakieś magiczne zaklęcie czy szamańskie rytuały - cokolwiek! Oby tylko dobra mogła się wydłużyć... Czasu brak, wciąż brak czasu! Ledwie wyrabiam się ze wszystkim. To zdecydowanie nie czas na drugie dziecko, ostatnio to zrozumiałam. No chyba, że chciałabym już totalnie ześwirować.

Za niecały miesiąc wracam do pracy. Już się boję. Nie wiem czego, ale po ponad roku to dziwne uczucie wrócić do pracy. Na szczęście Zocha uwielbia żłobek. Jeden problem z głowy.

poniedziałek, 27 października 2014

Drugie?

Pewnie byłoby ciężko teraz mieć drugie dziecko, a może wręcz przeciwnie? Kiedy jest dobry moment na kolejne? Po roku, dwóch, a może po siedmiu?

Między mną i siostrą są 4 lata. Mało i dużo. Najpierw dzieliła nas przepaść, a potem jakoś się to wyrównało.

Nie wiem czy będę umiała świadomie zdecydować, że to już czas i właśnie teraz chcę drugie. Zawsze jest "za" i "przeciw".

Co Wy na to? Jakie jest Wasze zdanie/doświadczenie?

czwartek, 23 października 2014

Słodycze dla niemowlaka?

Notorycznie słyszę pytania, czy Zosia je słodycze, co słodkiego je, jakie smakowitości. No to odpowiadam, że ze słodkiego to... owoce. Nic innego nie dostała z tzw. słodyczy - czekolady, lizaka, żelek, cukierków... 

Nie wiem czy przesadzam, ale jak dla mnie to po prostu nie ma potrzeby częstowania jej takimi smakołykami. To nie ten etap. A je praktycznie wszystko, no z pominięciem cytrusów, truskawek, ogórków z octu, nabiału (chociaż zamierzam już wprowadzić). Brak zębów (tak!!!) nas trochę ogranicza w rozszerzaniu :)

A u Was jak jest? Dajecie słodycze? Kiedy dałyście po raz pierwszy?

poniedziałek, 20 października 2014

Co tam u nas?

Ano byłyśmy tydzień roboczy u moim rodziców. Zocha i ja oraz 200km trasy. To nasze ostatnie chwile na dłuższe wyjazdy, bo od listopada żłobek, od grudnia praca.

Zocha ma się dobrze. Skończyła 10 miesięcy i:
  • waży ok 9,1kg;
  • nosi rozmiar 80/12-18 mies./czasami nawet 86 jeśli chodzi o spodnie;
  • pieluszka 4/4+;
  • ma dużo włosów;
  • wciąż pokazuje różne rzeczy takie jak: indianiec, sroczka robi kaszkę, ojojoj etc;
  • gada jak najęta i chyba rozumie już kto to "mama", a kto "tata", a przy jedzeniu robi "am", wie też że "nie" to znaczy nie robić czegoś i o dziwo w 90% przypadków stosuje się do zakazu;
  • pełza, próbuje raczkować, czasami wstaje, dobrze się wspina, nie chodzi;
  • jest grzeczna, wciąż pięknie śpi, jest piękna, cudowna i urocza.
Ja psychicznie przygotowuję się na rozłąkę i wciąż szyję. Albo kupuję materiały (mam nadzieję, że mąż nie zorientuje się w ilości przeze mnie nabywanej, bo oszaleje). Trochę zamówień już jest, ale czekam na więcej :) A no i chyba szaliki zacznę dziergać. Wieczorami przed tv robię pompony lub szukam inspiracji do działania. W przygotowaniu nowe kroje czapek. Zobaczymy czy wyjdzie.

Miłego tygodnia!

piątek, 10 października 2014

W epicentrum miejskiego życia

Piątek, centrum Warszawy, mnóstwo ludzi, znany lokal, ciepły wiatr i ja z przyjaciółką. Od kilku miesięcy starałam się wyrwać z letargu, umówić się z nią nie zważając na nic. Udało się. Wracam do życia, wracam do ludzi. Powrót do pracy dał impuls. Nie mogę doczekać się powrotu do tego całego zgiełku i gwaru. Wiem, że szybko to wszystko da mi w kość, że za córką tęsknić będę, ale potrzebne nam to obu. Inaczej mogłabym stać się straszliwie sfrustrowaną matką i żoną. 

Makaron był wyborny, lemoniada też. Plotki, ploteczki, łzy i miliard emocji. I niby wokoło pełno ludzi, a tak jakbyśmy były tylko my dwie. 

Brakowało mi tego wszystkiego. Wracam. Wracam do żywych...

poniedziałek, 6 października 2014

No to wracam...

... wyboru za bardzo nie mam. Od grudnia znowu będę korposzczurem. Wszystko zaplanowane, muszę kupić jeszcze drugi fotelik dla Zośki. No i załatwić zaświadczenie,że okulary mi potrzebne do pracy, bo jestem ślepa bardziej niż ponad rok temu. Nazbierało mi się 40 dni urlopu!!! Szał jakiś, bo zawsze byłam na styk.

Dziwnie się czuję, ale potrzeba mi pracy. Muszę gdzieś biec, działać, cieszyć się każdym szczegółem, wolną chwilą. Teraz trudno jest mi się zebrać, uśmiechnąć, bo wciąż mam na wszystko czas. Wiele mi umyka. Żeby trochę uzupełnić grafik zajęłam się portalem kulinarnym i odpaleniem bloga z fantami, które szyję. 

Trzymajcie za mnie kciuki!

czwartek, 2 października 2014

Powrotu do pracy ciąg dalszy

No, to jak już wszystko było ustalone, co co się stało? No wysrało się, za przeproszeniem, standardowo. Szef zadzwonił, że może jednak od grudnia, a nie od stycznia, że może nie tam gdzie wcześniej tylko w drugiej siedzibie, że może...

I weź nie przyjmij oferty. Jak wrócę miesiąc później, to wciąż może czekać na mnie to samo stanowisko, które chce mi dać teraz lub coś gorszego. Tak, wiem - musi to być stanowisko o tej samej wadze etc, ale można zrobić to tak,żeby mi się nie podobało. Szef taki nie jest, ale nie wiem co będzie, jak pokrzyżuję mu plany. Żeby było prościej to kolejny head hunter do mnie dzwoni i spotkać się chce, bo pracę ma. 

Nie wiem czy nie lepiej byłoby towar w Rossmanie wykładać lub coś w tym stylu - bez dojazdów i spokojniej. Korporacja męczy. 

Plus jest taki, że Zoch będzie w żłobku tylko do 14.30. Potem przejmie ją Pani Danusia - sąsiadka nasza znaczy się. Nie będę musiała lecieć na łeb na szyję, bo najwyżej zapłacę za kolejną godzinę, a moje dziecko nie będzie odbierane ostatnie.

Sok wyciśnięty z jabłek wypiła. Przełom jest, bo niczego oprócz wody nie chciała. Dzieciak chyba co dobre i takiego z buteleczki nie chce :)

czwartek, 25 września 2014

Rehabilitacja niemowlaka

Tak, rehabilitacja to nasz obecny temat. Zaczęłyśmy tydzień temu i ćwiczymy codziennie, co tydzień wizyta u Pani Żanetki. Skorzystałyśmy z programu rehabilitacji niemowląt w naszym mieście i widzę już pierwsze postępy.

Zła jestem trochę na siebie, bo zwlekałam. Słuchałam wszystkich dookoła i wypierałam moje przeczucie, że coś jest nie tak. Bo przecież każde dziecko rozwija się w swoim tempie, bo z moim dzieckiem jest wszystko w porządku. Jest taka mądra, główka pracuje jej prawidłowo, ładnie je, pięknie gaworzy, sylabizuje, może po prostu jest trochę leniwa? Plus jest taki,że w końcu poszłam mimo komentarzy, że przesadzam.

Moja córka ma 9 miesięcy, od 13 dni. Pełza, nie raczkuje (tak, wiem, nie wszystkie raczkują), nie staje na kolankach i raczkach, nie buja się do przodu i tyłu, nie siada sama, nie podnosi się na szczebelkach w łóżeczku. Musiałam to głośno powiedzieć kilka razy,żeby uwierzyć. Wypłakać się i zacząć działać. Pani rehabilitantka powiedziała, że zacznie chodzić i bez ćwiczeń, będzie miała 1,5 roku ale zacznie. Wiązać się to jednak może z wadą postawy, wadami zgryzu, dysgrafią. Dlaczego? Bo ma schowaną w barkach głowę, słabe ręce, asymetrię na prawą stronę podczas siedzenia i zero mięśni brzucha. Odruchy obronne jak dziecko półroczne. 

Rehabilitujemy metodą Vojty. Nie zgadzam się, że to brutalna metoda, która wywołuje ból, a przynajmniej nie u mojego dziecka. Gdy pierwszy raz Pani pokazała ćwiczenie, Zosia płakała, gdy po niej powtórzyłam ja - przestała. Widziała ją pierwszy raz i płakała, bała się. Boi się lekarzy i gabinetów. Gdy ja lub mąż z nią ćwiczymy wszystko jest ok. Po kilku dniach sukces - z pozycji leżącej na boku, przekręciła się na brzuch, tak jak powinna. Wcześniej leżała i czekała kiedy skończę.

Ćwiczymy i ostatnio Zosia "wspięła" się na leżącą na ziemi poduchę od kanapy, potem podparta brzuszkiem stanęła na kolankach przy krzesełku do karmienia. Dla mnie to kolejny sukces i jestem z niej bardzo dumna. Jeśli macie podobne doświadczenia to proszę, napiszcie w komentarzu jak ćwiczyłyście, jakie były postępy. Podobno za miesiąc może zacznie raczkować, a za dwa siadać. Mam nadzieję, że się uda.


środa, 17 września 2014

26!

Tak, to dzisiaj. I nie chodzi mi o rocznicę agresji ZSRR na Polskę w '39. Urodziny moje są i jak co roku cieszę się z nich jak dziecko. Możecie uznać mnie za wariatkę, ale ja uwielbiam dzień moich urodzin, a także bliskich mi osób.

Rok temu byłam w ciąży, życzyłam sobie, by Zosia była zdrowa. Dwa lata temu marzyłam właśnie o Niej. W tym roku już wszystko mam - zdrową rodzinę, jeśli miałabym sobie czegoś życzyć to tylko tego, żebyśmy byli szczęśliwi.

W tym roku jest lekko inaczej - zaczęłam myśleć się nad przyjęciem dla Zośki! Od rana zastanawiam się jaki tort, jakie dekoracje, kogo zaprosimy. No właśnie - jak ktoś ma pomysł/przepis na dziewczyński tort to poproszę :) I inspiracje też mile widziane.

wtorek, 16 września 2014

To już jutro, a prezent już od soboty!

Tak, to już jutro. Starsza będę. 26 lat skończę.

Prezent standardowo dostałam wcześniej. Nie potrafimy z mężem jakoś dotrwać do godziny "zero". W sumie to dwa prezenty mi się trafiły, ale z okazji sobotniego pierwszy został zapomniany. Tym sposobem mam Kinect'a (dokupię płytkę i będę się zumbować) i ... nową maszynę do szycia!!!!

Mąż nie mógł znieść narzekań na tę starą i dostałam super,ekstra wypasioną, nową maszynę! Nie jest to oczywiście nic szalonego dla doświadczonych krawcowych, ale dla mnie bomba. Janome 603!


Zaczęłam ostre szycie już chwilkę wcześniej, ale teraz dopiero się rozkręcę! Szyję głównie znajomym - czapeczki, kominy, kocyki, pościele, zasłonki. Ceruję i podkładam spodnie, rozerwane spódnice naprawiam i kieszenie zszywam. 

Chcę się tym zająć na poważnie. Muszę. Mam tak ogromną frajdę z szycia, że nie może być inaczej. Muszę zacząć działać... :)

wtorek, 9 września 2014

Są takie...

... tygodnie gdy chcę się schować przed światem.
... dni kiedy nie ma mnie tam, gdzie jest moje ciało.
... godziny gdy płaczę i pozbierać się nie potrafię.
... minuty kiedy wybucham.
... sekundy gdy mam już dosyć i chcę uciec.

I zawsze jest wtedy Ona. Tak jak dzisiaj, gdy płacząc nie mogłam złapać tchu. Trzymałam ją na rękach, a ona wtulała się we mnie, jakby chciała powiedzieć, że wszystko będzie dobrze, że mnie kocha. 

Dam radę. Zawsze daję.

sobota, 6 września 2014

Choroby ciąg dalszy czyli dobijcie mnie!

No, to antybiotyk na męża nie działa. Dostał nowy i... tydzień zwolnienia. Zosia marudzi, ale energii ma wciąż mnóstwo. Ja czuję się gorzej - teraz zaczyna mi szaleć gardło. Dom wygląda jak pobojowisko, a mąż dba, żebym wciąż miała co sprzątać. W zlewie (?!) na talerzu leżą trzy torebki po herbacie. Śmietnik znajduje się kilka centymetrów pod owym zlewem, ale mimo tego torebki leżą na talerzu. Dlaczego? Nie potrafi wyjaśnić. 

Chciałabym się położyć i pospać. Przynajmniej godzinkę. Przecież chory mąż nie zajmie się dzieckiem, bo jest przecież chory. Jak wyjechałam wczoraj na chwilkę do apteki, to prosił,żebym szybko wracała. Rozumiem, że nie chce jej do reszty zarazić, ale popatrzeć jak pełza po podłodze chyba może. Owszem, mógłby popatrzeć, gdyby... nie spał.

Dobijcie mnie. Błagam!

P.S. Jakieś pomocne rady odnośnie walki z anginą ropną?

 

czwartek, 4 września 2014

Domowy szpital!

Ratunku! Pomocy! Z jednego chorego misia zrobiły się trzy. Mi przeziębienie zaczęło ustępować, ale wlazło mi coś na gardło, pewnie dlatego, że mój mąż ma... anginę! 

Taaak, anginę. Domyślacie się pewnie co mam teraz w domu? Mężczyzna z gorączką 36,7 to już całkiem poważnie chory facet, więc jak mój ma 38, a do tego anginę, to jest ostro. Śpi, leży, wzdycha, 100 razy na godzinę tłumaczy mi jakie mam objawy. Wolałam już sama, znaczy się do spółki z przeziębieniem, opiekować się moją słodką córką, niż siedzieć z chorym mężem do tego.

No a skoro mowa o córce... Wczoraj ok 18 zaczęła mieć szklane oczy (wiecie o co mi chodzi, prawda?) i włączyło się kichanie. Znajoma pediatra kazała podać wit. C, wapno i paracetamol, a rano udać się do lekarza. Udało się zapisać, ale dopiero na 16. Spoko luz, źle nie jest - poczekamy. No, to czekałyśmy do 17... doktoreczka przyjmowała dzieci zdrowe w nieskończoność prawie, znaczy się do 17.

"No to co Panie sprowadza? Chora? Nie wygląda. Zaraz sprawdzimy gardło." Umyła łapki, ogrzała stetoskop, posłuchała, no i sprawdziła to nieszczęsne gardło. Okazuje się, że całe czerwone i gęsta wydzielina. "Dobrze zna Pani swoje dziecko, jeszcze 2 dni a byłoby ciężko". No znam, moje przecież jest! Jak będzie kaszleć lub gorączkować to ASAP do lekarza. 

O sobie niewiele myślę, bo mając chore dziecko i faceta (czyt. dwoje dzieci), nie ma czasu na myślenie o sobie. Leczo się przecież samo nie zrobi, schab z sosie też nie. Pieczywo się samo nie kupi, podłoga nie umyje, pielucha nie zmieni, mleko nie zrobi, koty se same jedzenia nie nasypią, a leki same nie wykupią. Psikam gardło, biorę polopirynę i nastawiłam syrop cebulowy. Damy radę!

poniedziałek, 1 września 2014

L4 potrzebne od zaraz!

Tak, L4 poproszę! Chora jestem od niedzieli, z zatkanym nosem i ogólnym rozwaleniem organizmu zostałam chrzestną. Wczoraj prawie rozłożyłam się na kanapie, a dzisiaj mam ochotę płakać. Nie ma to jak choroba z małym dzieckiem, gdy jest się samej w domu. Pewnie im więcej dzieci tym ciekawiej!

Taka sytuacja - jeść się chce, a nie ma nawet kromki chleba. Wyjść w deszcz z dzieckiem i chorobą na ramieniu to kiepski pomysł. No to bułki nastawiłam. Trochę to trwało i żołądek przykleił mi się do kręgosłupa - to fakt, ale upiekłam i zjadłam. I nawet mąż na kolację dostał, po czym pyta : "na pieczenie bułeczek Cię wzięło z tym przeziębieniem?". "Nie miałam co jeść, to upiekłam" - odparłam. Mina męża bezcenna.

No, to zwolnienia potrzebuję. Tak, żebym poleżeć mogła i szybko wyzdrowieć. Mieć siłę ganiać za moją pełzającą (!!!!!!!!) córką i na spacer po ludzku się udać. No i  zrobić kolejną turę domowego keczupu!


http://studentblogs.le.ac.uk/bioscience/2013/05/05/being-ill-at-university/



czwartek, 28 sierpnia 2014

Neurolog dziecięcy

Otóż Zofia była wczoraj na wizycie u neurologa dziecięcego. Pani była miła i kompetentna, wypytała o ciążę, poród, stan zdrowia, zachowania małej pacjentki. Na koniec zapytała : "co Panią niepokoi?". No to mówię, że 8,5 miesiąca ma, a nie pełza i w ogóle jakaś taka dziwnie stacjonarna jak na siebie się zrobiła. Że pełzać chce, tylko jakoś tak nie wie jak i nerwy ją chwytają. Powiedziałam też, mam po prostu przeczucie,że coś jest nie tak, chociaż wszyscy wokoło mówią, że ma jeszcze czas, że jest sprytna, inteligentna i cudowna. No zgodzę się - główka jej pięknie pracuje, ale wciąż uważam, że coś jest nie tak.

Pani neurolog przystąpiła do badania i już na początku stwierdziła, że Zosia bardzo chce, ale nie umie. Potem nastąpił szereg mniej lub bardziej drastycznych prób i eksperymentów, przy których to Zofia głośno protestowała. Diagnoza, chodzi generalnie o diagnozę, więc rozpisywać się nie będę nad każdym szczegółem - jakby co to zapraszam do korespondencji mailowej to opowiem. 

W każdym razie jest tak, że Zosia ma asymetrię na prawą stronę jak siedzi, barki nieco do przodu i szyja chowa się w barkach, mięśnie na brzuchu rozchodzą się, odruchy obronne lekko zaburzone. Ja się oczywiście popłakałam, bo cóż robić w takiej chwili. Uspokojona zostałam jednak, że to nic poważnego, że z tak mądrym dzieckiem to po 2 tygodniach ćwiczeń będzie o wiele lepiej. Wizyta była za darmo, ze wspaniałą doktorką, no i zostałyśmy zakwalifikowane do programu rehabilitacji niemowląt - 6h ćwiczeń za darmo.

Dlaczego to wszystko? Asymetria i szyja pewnie o d położenia w brzuchu i złych nawyków, odruchy zaburzone, bo jak się dobrze nie rozwija fizycznie, to jest to jeden z efektów. Mięśnie na brzuchu się rozchodzą, bo są niezbyt mocne. Pani powiedziała,że Zocha pewnie je ćwiczyła, ale coś jej przeszkodziło (np. zaczęła gaworzyć) i zajęła się tą drugą czynnością, a teraz trudno jej pełzać i trzeba mięśnie wyćwiczyć.

Że przewrażliwiona mówili, że problemów szukam... nic poważnego jej na szczęście nie jest, ale lepiej dmuchać na zimne. Niećwiczona asymetria może zaowocować skoliozą, a kto ją potem taką powyginaną przed ołtarz zaprowadzi?! Nie z każdym dzieckiem, które nie pełza musi coś być nie tak, ale z moim jest. Po prostu to czułam i nie chciałam lekceważyć tego, co podpowiada mi intuicja.

Matka wróciła po wizycie do domu, rozpłakała się jak bóbr, a Zosia? Podpełzła trochę. Tak! Od wczoraj troszkę podpełzuje. Może to dzięki ćwiczeniom, które robiłyśmy od 2 tygodni, a może doktorka ją tak powykręcała,że coś się w niej poprzestawiało? Nie jest to takie piękne, klasyczne pełzanie, ale po swojemu już metr pokona. Gdy zobaczyłam to pierwszy raz... rozpłakałam się jak bóbr po raz kolejny! :)

P.S. Pierwsze posiedzenie na nocniku zaliczone. Zobaczyłam,że coś się tam dzieje, posadziłam szybko, a po 5 min w nocnik był pełen na dwa sposoby :)

środa, 27 sierpnia 2014

W stopy mi zimno...

Jesień idzie jak nic! W stopy mi zimno i herbatę wieczorem piję. No jesień moje drogie! 

Nowy rok zaczyna się 1 stycznia, ale u mnie jakoś tak zawsze na jesień. Chyba dlatego, że we wrześniu mam urodziny i chyba cykl mam zaburzony. Urodziny zawsze były ważne, mama wyprawiała imprezę dla rodziny, potem dla moich znajomych i tak do 18. Były prezenty, niespodzianki i niepowtarzalny dzień. Mężowi też taki wyjątkowy czas co roku serwuję. W grudniu zafunduję to Zosi.

Ale przecież nie o tym miałam... stopy mi przecież marzną, jesień idzie! Słońca coraz mniej, mgła wieczorem sprawia, że moje osiedle wygląda jak z horroru, a na podjeździe pełno żołędzi. Uwielbiam jesień. Najbardziej ciepłą, z kolorowymi liśćmi, błękitnym niebem.

Kolejna jesień,kolejne urodziny, ale jest inaczej. Jest Ona. To będzie zupełnie wyjątkowa jesień.

http://images6.fanpop.com/image/photos/35300000/Autumn-in-the-city-autumn-35392312-500-281.jpg


poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Żłobkers!

Zofia w dniu dzisiejszym została żłobkersem. Znaczy się totalnie oficjalnie będzie wtedy, gdy wpłacę wpisowe, 5 dni na to mam. 

Teraz czekam na gromy, negatywne komentarze i epitety, bo przecież posyłam dziecko do żłobka. Zła matka ze mnie. Od razu informuję, że wszystkich, którzy mają ochotę wylać na mnie wiadro pomyj, proszę o przelewy na moje konto - jak spłacicie mój kredyt to zostanę w domu :)

A tak całkiem na serio, to okazało się, że jeśli od stycznia chcę iść do pracy, to miejsce zamówić muszę już teraz. Nie chcę aby mój pierwszy dzień pracy i jej pierwszy w żłobku zbiegły się, więc swoją przygodę z tą placówką Zoch zacznie od listopada. Będę odbierać ją o 12. Tak,żeby przyzwyczaiła się do tejże instytucji, nie została siłą oderwana ode mnie i pierwszą chorobą przebyła przy mnie. W połowie grudnia powinnam wrócić do pracy, ale zobaczymy jak się ułoży, bo spotkanie z szefem mam next week. Jedno wiem - miejsce na mnie czeka. W grudniu będzie więc uczestniczyć w zajęciach do 12 lub na cały etat. Ja odbierać mogę ją dopiero o 17, ale może znajdę kogoś, kto będzie to robił za mnie i siedział z nią w naszym domu. Może sąsiadka z naprzeciwka się skusi na taką propozycję. Zobaczymy.

 Tak, jest mi ciężko i wiem, że jest malutka. Będzie tam jednak jeszcze 9 innych maluchów. Nie, nie uważam, że żłobek to zło. Ja chodziłam do takiej placówki 25 lat temu i wtedy to musiał być hardcore. W prywatnym żłobku jest fajnie, taką mam nadzieję. Nie, nie będę miała niani, bo mnie nie stać. Do pracy idę ze względów ekonomicznych i psychicznych, więc 2 200zł na nianię nie mam. Plus wyżywienie dla dziecka oczywiście.

Będzie ciężko. Już jest. Podpisałam umowę, wsiadłam do auta i... popłakałam się. Bo mała jest, i że ten czas z nią tak szybko minął. W listopadzie będzie miała 11 miesięcy. Poradzi sobie. Poradzi, prawda?

wtorek, 19 sierpnia 2014

Matka Polka?

*
No właśnie, kto to jest do cholery Matka Polka? Temat lekko poruszałam już TUTAJ , ale przecież można o tym pisać i pisać, bo to temat rzeka. Do napisania tegoż posta skłoniło mnie przeczytanie TEGO u Ruby Soho i to, że muszę coś dzisiaj robić (skakać, biegać, czytać, pisać) oby nie myśleć za dużo.

Ale wracając do wątku - uporządkujmy kilka faktów, a mianowicie kim taka Matka Polka jest. Oczywiście, nie bierzcie tego jako atak na jakąkolwiek sferę, bo wszystko jest ok w granicach rozsądku. Poza tym mogę mieć swoje zdanie przynajmniej tu, prawda? Zaczynając od początku:
  1. musi być zawsze uśmiechnięta w ciąży, dawać głaskać swój brzuch i opowiadać, jak to się wspaniale czuje;
  2. urodzić naturalnie, najlepiej w bólu i katuszach (no i powinna wypchnąć tak min troje dzieci);
  3. karmić cycem najlepiej do 5-go roku życia;
  4. samodzielnie wykonywać wszystkie zabiegi pielęgnacyjne i wychowawcze przy dziecku;
  5. przegrzewać potomka;
  6. nie pracować do momentu pójścia dziecka na studia;
  7. nie mówić o sobie, nie myśleć o sobie, w centrum ma być rodzina;
  8. sprzątanie, gotowanie, prasowanie, czyszczenie kibla i inne tego typu atrakcje to już pakiet podstawowy, więc w sumie nie wiem czemu to wymieniam;
  9. i jeszcze milion innych tego typu.
No, to ja chyba Matką Polką nie jestem. Znaczy się Ruby napisała, że skoro mój poród był horrorem, to punkt nr 2 niby zaliczyłam. Ale, ale! Jednak urodziłam przez cc, czy krwotok i niesprawne nerki troszeczkę mnie ratują?

Dobra wypełniam formularz:
  1. nie byłam, nie dawałam, nie opowiadałam (szczerze? byłam maruderem, nie lubiłam przesadnie puchnących nóg, bólu kręgosłupa, niewyspania, plamień, skurczy etc, cudowne były ruchy Zosi, to tak!) - niezaliczone;
  2. o tym mowa wyżej - daję sobie pół punktu ;
  3. no karmiłam tylko miesiąc (mogłam przecież pozwolić, żeby Zocha wiła się z bólu i nie spała, zasypana była krostami w imię naturalnego pokarmu - ale ze mnie zołza!) - niezaliczone;
  4. mąż kąpie, umie przewinąć, nakarmić etc (czasami go nawet wykorzystuję...)- zero;
  5. na początku byłam podobno na dobrej drodze, ale po pierwszej wizycie położnej zboczyłam z tej drogi - pół punktu;
  6. obecnie nie pracuję, ale wrócić chcę od stycznia ("ale jak to? opiekunka, żłobek? mogłabyś posiedzieć 2 lata, wtedy poszłaby do przedszkola", taaaa - kredyt spłaci się sam, a ja jak widać powyżej sprawdzę się "wspaniale" w roli kury domowej) - niezaliczone;
  7. tu akurat, o dziwo!, całkiem nieźle mi się udaje (to chyba kwestia depresji jakiejś, ale jest!) - zaliczone;
  8. jak podstawa to podstawa - done;
  9. ooo tak - punkt!
No dobra, to mam  4/9. Całkiem ładnie, no nie?

A tak na serio? Zawsze wydawało mi się, że Matka Polka to kobieta, która kocha dzieci, rodzinę i ma serce. Taka, która myśli, a nie powiela stereotypy. Przytuli, uśmiechnie się, zwróci uwagę. To taka fajna kobieta. Bez względu na to, czy:
  • pracuje/siedzi w domu;
  • ma pomalowane/obgryzione paznokcie;
  • karmi/nie karmi;
  • jara/nie jara się nowymi kostkami toaletowymi;
  • używa zmywarki/zmywa rękoma.
To taka szczęśliwa kobieta ze szczęśliwą rodziną, która ma swoje racje,zasady i przekonania, bez względu jakie one są. Grunt, żeby nie narzucała tego innym matkom.

Bo jak chcesz na przykład karmić 3 lata i siedzieć w domu, to ok, Twoja wola, ale mnie nie zmuszaj...

* http://img.szafa.pl/small-cdn/blog/post-1349345103-936319-matkadzienna.jpg

poniedziałek, 18 sierpnia 2014

32/52


Zdjęcie! Taaaadam! Bo dawno jakoś nie było i smutno tutaj trochę. 

Moja ośmiomiesięczna córka podczas hamakowej drzemki nad jeziorem.

<3


P.S. Załączam link do moich aukcji z cyklu "wietrzenie szafy"---> http://allegro.pl/listing/user/listing.php?us_id=5852820 

niedziela, 17 sierpnia 2014

2 lata temu...

... dowiedziałam się, że jestem w ciąży. Po dwóch dniach znalazłam się w szpitalu i już było po wszystkim.

Teraz jestem mamą, mam wspaniałą córkę. Jestem szczęśliwa.

Czasami tylko myślę, że miałoby już ponad rok i łza się w oku kręci. Za rok znowu nie prześpię kilku nocy i uśmiechnę się kilka razy mniej, bo tęsknić będę za kimś kogo nigdy nie poznałam.

czwartek, 24 lipca 2014

Jakoś długo nas nie było...

A no długo. Bo Chrzciny, urlop, potem rozpakowywanie i sterty prania. Co u nas?

1. Zosia została ochrzczona i wtedy dziecko nam się nieco zepsuło. Tak. Trach i zepsucie nastąpiło. Chociaż to pewnie jest połączone z punktem 2 czyli urlopem blisko dziadków i ich rozpieszczaniem. Ale o tym później. Wracając do Chrztu - Zoch był grzeczny, wyspany i najedzony, więc wciąż było "mamama", "tatata", "dadada", a także zaczepianie starych dziadków w ławce za nami, rozśmieszanie zasypiającego dziecka z przodu i kręcenie głową. Po kościele przenieśliśmy się do nas. Z okazji małej liczby gości, czytaj 8, obiad ukręciłam sama.

2. Zaraz po obiedzie udaliśmy się na urlop w moje rodzinne strony. Spędziliśmy urlopowy tydzień w domku nad samym jeziorem. Zocha została zabrana przez dziadków na 2 noce, więc mogliśmy się wyspać. O! I zrobiliśmy to! Dwa ranki z rzędu do 10! Pogoda była cudna, więc spacerowaliśmy, zbieraliśmy polne kwiaty, kąpaliśmy się w jeziorze, łowiliśmy rybki, grillowaliśmy (jak porządna, polska rodzina). Żałuję, że nie pojechaliśmy nad morze, ale pomoc rodziców przy Młodej rekompensuje mi wszystko. 

3. A młoda się z leczka zepsuła, jak już wspomniałam. Od ok 2 tygodni taka zpsuta jakaś. Jęczy, stęka, płacze. Trochę to może zęby, ale jak tylko mamusi weźmie na raczki, to od razu humor szampański. No właśnie - mamusia. Ze mną musi się bawić, wciąż mnie widzieć i ja ją muszę usypiać. Nie powiem - miła rzecz, że dziecko tak zapatrzone, ale wolałam wersję Zosi, gdy tata wystarczył. 

4. Mama musiała więc odstawić rower, ale wróci do niego, nie ma bata! Zdrowiej chyba muszę żyć, nie ma co! Od dłuższego czasu robię catering dla męża i przy okazji dla mnie. 5 posiłków dziennie. Nie wiem ile wytrzymam, ale efekty są. Nie, waga nie leci na łeb na szyję, ale jakaś taka chudsza się czuję (nie liczę tego kilograma, co mi wskoczył na plecy na urlopie). Dzisiejszy sos musztardowo-miodowy do sałatki podbił moje serce, no i męża też!

5. No i Zocha zaczęła jeść jak człowiek - to co mama jej zrobi. Magiczny składnik? Ziemniaki. Mimo uczulenia dorzuciłam jej 3 dni temu pierwszy raz i zjadła je nawet ze znienawidzonymi buraczkami! Dzisiaj buzię otwierała, jakby słoiczek jadła. Przeprowadzam każdego wieczora obserwację i jak do tej pory brak kropek. Nie chcę zapeszać, ale wygląda jakby uczulenie ustąpiło. Jak obiadki pięknie wsuwa to w zamian gardzi mlekiem. Trzecią butelkę daję przez sen. Kaszkę zje, ale z butli średnio jej idzie. Pewnie przez mnogość innych produktów, które dostaje.

Tak to u nas. Poza tym brak czasu i gotówki. Zdjęcia chrzcinowe next time, bo je mąż gdzieś zakisił i nie wiem gdzie :P

piątek, 11 lipca 2014

Sylaby cieszą zmęczoną matkę

Właśnie w momencie, gdy osiągnęłam apogeum zmęczenia, niechęci do wszystkich i wszystkiego, a także chęci, ale ucieczki na koniec świata, moje dziecko zaczęło mówić sylaby.

Tak niespodziewanie, między zębowym marudzeniem, a odmówieniem obiadu powiedziała "ma-ma-ma". Potem poszło "ba-ba" i "da-da". Dzisiaj doszło "mam-mam" i kilka innych, a także cały potok takiego ble-blania dziecięcego. Nie taki "oooo", "aaaa", ale jakieś dziwne zbitki "ble-le-aj-lal". Jednym ciągiem! Wcześniej też zdarzało jej się powiedzieć sylabę, ale pojedynczą, tak jakoś nie pasującą do niczego. Od wczoraj gada na całego i wymyśla śmieszne ciągi.

A przedwczoraj powiedziałam mężowi, że martwi mnie brak sylab u naszej córki... No to córka stwierdziła, że jak matka tak bardzo chce, to ona powie. I jakoś tak te wszystkie niechcenia i chcenia uciekły w kąt. Znowu pojawił się uśmiech i motywacja.

Przede mną i w trakcie sprzątanie, pakowanie, pranie, gotowanie, najazd gości, Chrzest i wyjazd na urlop. Trzymajcie kciuki, żebym nie zwariowała...

poniedziałek, 7 lipca 2014

26 i 27/52

Jakoś tak weny i czasu brak, wrzucam więc tylko zaległe fotki i chwalę się córką. Zoch ważyy 8 150g, turla się jak szalony, uwielbia gryźć skóry od chleba, krzyczeć i bije brawo. Jeszcze nie ogarnia "pa pa", ale "piąteczka" powoli jej świtać :) 



Ja mam w tym tygodniu mnóstwo rzeczy na głowie, bo w niedzielę są chrzciny Małej. Przybywa rodzina, więc muszę wysprzątać chatę, zrobić zakupy, wstawić miliard pralek i spakować nas na urlop. Jedziemy na Mazury. Miało być morze, ale kasa z nami wygrała i wybieramy tańszą opcję. Dziadkowie się ucieszą, bo przy okazji odwiedzimy także ich.

piątek, 27 czerwca 2014

No i co z tymi zębami?!


Idą, idą i chyba się zgubiły, bo dojść nie mogą. Od długiego czasu mamy co tydzień 2-3 dni marudzenia. Ostatnie jednak dni przyniosły wyjątkową falę śliny, marudzenia i bólu głowy Matki. Młoda gryzie wszystko - gryzaki, gazety, pudełka, leżaczek (?!), misie, ukradziony pilot, garderobę swoją i cudzą. No i oczywiście palce - to jest chyba najlepszą opcją.

I co? I nic. Nawet zaczerwienienia na dziąśle nie ma. Rozpulchnienia też brak. Znając nasze szczęście to jeszcze ze 3 miesiące będziemy męczyć się z pierwszym zębem. A potem jeszcze z rok z kolejnymi.

Jak to przeżyć i nie zwariować? Jak to zrobić, żebyśmy obie czuły się lepiej podczas tego jakże cudownego czasu?

wtorek, 24 czerwca 2014

Domowe jedzenie jest "fe"!

Tak, zdecydowanie jest niesmaczne. Przynajmniej wg mojej półrocznej córki. Wcześniej smakowało i dziecko zjadało wszystko. Matka nagotowała różnych kombinacji, namroziła  i chce podawać dziecku, ale dziecko odmawia. Na niemrożone też. Jak tylko matka otwiera słoiczek, nawet taki marchewka-ziemniak (który jej smakuje, ale uczula), od razu buzia się otwiera. Dziecko zaczyna się uśmiechać i pięknie je. Jak matka zmiesza ze swoją produkcją, to wchodzi trochę gorzej, ale jednak. Może to kwestia właśnie ziemniaków? W matkowym jedzeniu ich nie ma, a w słoiczkach praktycznie zawsze. Ręce opadają. 

Dawać jej na siłę moje, mieszać, dodać uczulające ziemniaki, czy kupować słoiczki? 

Z nowości - skaza białkowa zaczyna ustępować. Odkąd przeszłyśmy na mleko następne moje dziecko zaczęło znowu wymiotować, dałam zwykłe, bo próbki przyszły i totalna poprawa. Odebrałam wczoraj wyniki i okazuje się, że białko mleka krowiego już jej praktycznie nie uczula. Dzięki temu nasze życie zrobi się prostsze. Nie trzeba jeździć po recepty, czytać etykiet w poszukiwaniu nabiału, można będzie niedługo dać serek i jogurt.

poniedziałek, 23 czerwca 2014

Czy to moje dziecko? / 25/52

No właśnie, czy ono jest moje? Ta duża dziewczynka, która jeździ w spacerówce, je chrupki kukurydziane, umie przekręcać się w obie strony i pełzać zaczyna, bawi się świetnie gdy mama podskakuje, śmieje się głośno, gdy wraca tata... Czy ona jest moja? 

Przestaje być już tym małym robaczkiem, który beze mnie nie zrobi nic. Nawet jej twarz wygląda tak jakoś doroślej. I "maaaa" powiedziała ostatnio. 

Patrzyłam na nią wieczorem i uświadomiłam sobie, że za chwilkę będzie chodzić, a potem pójdzie do szkoły, sukienkę na studniówkę będziemy wybierać, do domu przyprowadzi faceta... Jeszcze trochę czasu minie, ale biegnie on tak szybko, tak bardzo pędzi... Mój bobas staje się małą dziewczynką. Piękną i cudowną, małą dziewczynką.


P.S. Matka tymczasem zażywa sportu, bo waga stoi. Mimo tego, że mam 6kg mniej niż przed ciążą, to jednak wciąż jestem pączuszkiem :) Co drugi dzień wsiadam na rower, w tydzień zrobiłam 50km. Może niewiele, ale od czegoś trzeba zacząć!

środa, 18 czerwca 2014

Weselnie i 24/52

Zabawa była świetna i cieszę się, że Zosia została w domu. 450km w jedną stronę, to za dużo dla mnie, więc ona umęczyłaby się strasznie. Nie wiem jak, ale udało mi się ją zostawić i nie zwariować. Po 4 telefonie moja mama zagroziła, że więcej nie odbierze, albo wyłączy aparat. Ostatni raz zadzwoniłam więc o 20, a potem dopiero rano. 

Mała nie zauważyła nawet, że nas nie było. Bawiła się z dziadkami świetnie, nie płakała i pięknie jadła. Tata stwierdził, że nigdy takiego grzecznego dziecka nie widział. Może niewiele widział? :P Chyba nawet trochę było mi smutno, że nie tęskniła, ale tłumaczę sobie to tak, że jeszcze jest za mała. Oczywiście jak nas zobaczyła, to odkleić się nie chciała. 

Za 1,5 tygodnia kolejne wesele, teraz już "tylko" lekko ponad 200km drogi :) Tym razem przyjedzie sama babcia, bo jak to powiedziała - chce odpocząć i mieć wnuczkę tylko dla siebie. 

A My? Wypoczęliśmy, wytańczyliśmy się i mieliśmy 34h tylko dla siebie. Dziwne uczucie być tak tylko we dwoje...

Zoch czyta gazetę. Lektura potrafi ją zająć na 30-40 min. Inteligent mi rośnie, czy co? :)


czwartek, 12 czerwca 2014

Weekend bez dziecka - pierwszy od pół roku

No to Zosia skończyła pół roku. Wczoraj. Tak, to już. Pół roku to brzmi dumnie! Za mną połowa macierzyńskiego...

No i przed nami weselny weekend 400km od domu, w związku z czym postanowiliśmy Zosię zostawić w domu. Nie chcę męczyć jej podróżą ani biegać co 5 min do pokoju i zastanawiać się czy śpi, a poza tym przyda nam się wolny weekend. 

Mała zostanie w fachowych rękach dziadków i cioci, w naszym domu. Będzie miała dobrą opiekę, prawda? Tydzień temu zaczęłam się tym martwić, bo kto jak nie ja zrobi wszystko najlepiej?! A jak zje za mało, będzie jej za gorąco, kataru dostanie... Nie wiem czemu się martwię, skoro wiem, że jest w dobrych rękach i nie będzie nam tylko 1,5 dnia. Mamy chyba tak mają, prawda?

A jeśli mowa o mojej wspaniałej córce:
  • waga: ok. 8 kg;
  • pieluszki rozmiar 4;
  • ubranka w rozmiarze 74.
 
Wciąż się śmieje, uwielbia dzieci, a nowym odkryciem są jadące auta, które śledzi z zapałem i wydaje dźwięki. Jest wspaniała, co tu dużo pisać!

Trzymajcie kciuki za powodzenie misji weekendowej, za dwa tygodnie powtórka! Mam nadzieję, że nie osiwieję i nie będę zadręczać rodziców telefonami. 

Miłego weekendu!


środa, 11 czerwca 2014

Co z tym glutenem?

No właśnie co z nim? Pediatra powiedziała, żeby wprowadzić mięso i gluten. Wydało mi się to niezbyt trudne, ale po zakupie kaszy manny okazało się, że nie wiem co z nią robić.

Pół łyżeczki do obiadku. Nie ugotuję takiej ilości, a warzywa robię na parze, więc nie mogę dorzucić do garnuszka. Nie wspominając o tym, że Zoch zjada tylko papkę, bo jak jest zbyt wodniste, to leci po brodzie i tyle. 

No więc jak mam ten gluten podawać?! Błyskawiczną jakąś kupić mannę, którą zalewa się wrzątkiem? Pomocy Waszej potrzebuję!

A no i mięso z glutenem, czy oddzielnie i co najpierw?

wtorek, 10 czerwca 2014

23/52 i wredna matka

Wredna? Nie, beznadziejna chyba powinno być. Dzisiaj krzyknęłam na dziecko. Moje półroczne dziecko. Wydarłam się, żeby była cicho. Nie pomogło to ani jej, ani mnie. Straciłam nad sobą kontrolę. I tak mi z tym cholernie źle. Przytuliłam ją i popłakałam się, a ona nie wiedziała co się dzieje. Czy to znaczy, że jestem beznadziejną matką? Wszystko mnie przytłacza. Nie wiem co się ze mną dzieje.

A ona jest przecież takim wspaniałym i grzecznym dzieckiem. I przecież bolą ją dziąsła i to nie jej wina, że ją boli i płakała. Dużo śpi i dużo się uśmiecha, zjada wszystko co jej dam, mało marudzi, potrafi się sobą zająć. I jest najwspanialszą osobą w moim życiu... a ja nie wytrzymałam...

wtorek, 27 maja 2014

21/52 i Dzień Matki

Zoch skończył 23 tygodnie, w czwartek będzie już 24! Czas szybko leci. W tym roku po raz pierwszy obchodziłam Dzień Matki, jako pełnoprawna Matka. W 2013 Zosia była małą fasolką i ten dzień był pełen szczęścia, ale także lęku o Nią. 

26.05 to dla mnie także data ślubu. Wczoraj mieliśmy drugą rocznicę. Już?! A może dopiero...?

Oczywiście kombinacja uroczystości wskazywałaby na to, że dzień powinien być wyjątkowy, wspaniały i niezwykle miły. No, tak powinno być. Moja wspaniała córka (która zaczęła ogarniać, że butelkę można trzymać i pić przy pomocy własnych kończyn, a także masować nią dziąsełka) uczyniła ten dzień wyjątkowym...

Nie mogłam od niej odejść - inaczej był płacz. Była niezwykle marudna, męcząca i przylepiona do mnie. Chyba coś się jej pomyliło i urządziła sobie Dzień Dziecka. Z okazji rocznicy postanowiliśmy udać się do włoskiej knajpy, pojechałyśmy więc po męża na stację. Podczas oczekiwania Zofia zrobiła kupę. Padał deszcz, więc okna uchylić nie mogłam, bo lało się do środka. Siedziałam więc tak w oparach kupy. Zmieniłam pampera pod knajpą, weszliśmy, zamówiliśmy i dostaliśmy jedzonko. No i co wtedy? Tak, Zofia zachowała się jak w domu. My jesteśmy przyzwyczajeni, ale reszta obecnych pewnie nie. Zaczęła stękać, robić się czerwona i walić kupę. Próbowałam to jakoś zakamuflować nuceniem, mam nadzieję, że się udało. 

Nie ma to jak romantyczna kolacja z kupą w tle. Ale wiecie co? Wolę tak, niż bez niej. Najważniejsze, że ten dzień spędziliśmy we troje.

czwartek, 22 maja 2014

Obrót

No to z pleców na brzuch już umie :) Rano spojrzałam na nią i leżała na brzuchu, dopiero po chwili stwierdziłam, że zostawiłam ją na plecach. Potem powtórzyła obrót raz jeszcze, a teraz ćwiczy nową umiejętność od godziny. Szkoda tylko, że z brzucha na plecy musi pomagać mama. Ale jeszcze chwila i załapie w drugą stronę. No i stopę już chwyta. Dumna jestem, wiecie?

niedziela, 18 maja 2014

20/52


Karmienie w plenerze, na spacerze.
No i czapka własnoręcznie uszyta. Bo znaleźć takiej nigdzie nie mogłam.

czwartek, 15 maja 2014

Kolejna alergia?!

Podejrzewam kolejną alergię, jakby oczywiście wszystkich innych było mało. Ma skazę białkową i alergię na laktozę, toleruje tylko te najdelikatniejsze chusteczki Nivea (care&soft), niczym oprócz Emolium i Lipobase nie można jej smarować, bo też uczula, Nivea do kąpieli też odpada, musi być Hipp a dojdzie chyba ziemniak. Zwróciła mi na to uwagę pediatra, że może to właśnie od ziemniaka, bo zdarza się, że skrobia ziemniaczana właśnie uczula.

Wcześniej trudno było mi to zauważyć, bo była na Pepti i ulewała, więc sucha skóra i od czasu do czasu wysypka powiązały mi się z laktozą. Na Nutramigenie było już o wiele lepiej, ale posmarowałam ją emulsją Nivea i znowu wyszło. Przez 3 ostatnie dni była więc smarowana tylko w/w produktami, jadła wyłącznie marchewkę i Sinlac i skóra wyglądała pięknie. Dzisiaj podałam jej ziemniaka z marchewką i na łokciu pokazały się krosty. Do licha, czy to uczulenie na ziemniaka? Odstawię go i poczekam kilka dni, a potem znowu podam, żeby się upewnić. 

Ciekawe co będzie następne...

środa, 14 maja 2014

Plucie

Tak - plucie! Robi dziubek i czasami wypycha język, a czasami nie, po czym dmucha i dzięki temu pluje. Gdy robi sobie bąble leżąc na macie jest to zabawne i słodkie. Ale podczas szamania marchewki  próbuje tego samego manewru, wtedy wszystko i wszyscy w jej zasięgu są pomarańczowi. Oczywiście chodzi głównie o mnie. Pokazuję jej wtedy palcem "no no", uśmiech znika, a po 2 minutach znowu to samo. 

Tak to już jest, że nowe umiejętności chce się wykorzystywać w każdej sytuacji... :)

niedziela, 11 maja 2014

19/52 - skok rozwojowy z okazji 5 miesięcy



Zosia dzisiaj oficjalnie kończy 5 miesięcy. Od kilku dni przeżywa skok rozwojowy. Tak mi się przynajmniej wydaje. Jest trochę inaczej niż zawsze, bo nie marudzi całymi dniami, załącza jej się maruda dopiero na wieczór. Nie chce jeść, co widać na załączonych zdjęciach. Zjada trochę i zaraz językiem wypycha smoczek. Mniej więcej raz na dobę zjada całe 150ml, a w reszcie przypadków jest to ok 80-90ml. No i jeszcze jedno... od 4 dni budzi się o 4 rano. Zjada mlesio i idzie spać. Próbowałam już ją dokarmiać przez sen i ograniczać drzemki w dzień, widocznie ten skok tak ma. Przetrwamy! Najważniejsze, że zasypia od razu po zjedzeniu.

No i gada. Po swojemu, ale gada. Coraz więcej dźwięków i czasami jakaś sylaba się trafi - pewnie przez przypadek. Najwięcej ma do powiedzenia, jak trzyma coś w buzi. Ostatnio "krzyczała" na kota. Nauczyła się też robić dziubek, przez których wychodzą balony ze śliny lub język.

No to z okazji 5 miesięcy...

KILKA FAKTÓW
  • waga: ok. 7,2kg;
  • pieluszki rozmiar 4;
  • ubranka w rozmiarze 68, czasami 74; 
  • waga - 50 centyl, wzrost 85 centyl;
  • je marnie , dużo pije;
  • wydaje z siebie coraz więcej dźwięków; 
  • wciąż wszystkie przedmioty lądują w buzi, z ta różnicą, że trzeba je wcześniej bardzo dokładnie obejrzeć ;
  • wciąż uwielbia jak jej się śpiewa - to się chyba nigdy nie zmieni, teraz na tapecie są "Kolorowe kredki";
  • jak pisałam ostatnio obrotów brak, są za to wygięcia, przekręcania na boki etc.;
  • wciąż chce siadać, w leżaczku muszę ją koniecznie zapinać, bo inaczej poleci na nos ;
  • śmieje się w głos, coraz częściej, uwielbia bawić się w pierdzioszki, "akuku", całowanki, łaskotki i wszystko co związane jest z dźwiękami i głupimi minami;
  • a, no i wciąż ją swędzą dziąsła, korzystamy już z żelu, bez którego czasami nie może zasnąć, nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że Zosia ma zaczerwienione i spuchnięte dziąsła w okolicy dolnych trójek.

czwartek, 8 maja 2014

Czy mam się zacząć martwić?

No właśnie - czy mam się zacząć martwić? Zoch lada moment skończy oficjalnie 5 miesięcy. Pięknie się rozwija, może trochę mniej gaworzy niż kiedyś, ale z brzucha się nie przekręca. Ba! Nawet nie próbuje. Poleży na brzuszku max 10 min i jak ma dość, to kładzie głowę na podłoże i płacze. 

Na plecach wygina się na różne strony, potrafi przekręcić się na bok, chwycić zabawkę, która leży nad głową. Ale ten brzuch? Wiem, że wiele dzieci nie lubi tej pozycji. Zocha sprawia wrażenie, że nawet nie jest taka zła (przez 5 min oczywiście). Podnosi główkę, sięga po zabawki, żuje pieluchę, ale traktuje tę pozycję jak coś ostatecznego, niepozwalającego jej się ruszyć. 

Tak, turlamy się. Położona na boku umie przekręcić się i na brzuch i na plecy. Robimy jakieś ćwiczenia, mała zaczyna łapać się za nogę, ale za nic w świecie nie przekręca się z brzucha na plecy. Niby pani doktor mówi, że jest ok, ale dziwi mnie to, że ona nawet nie próbuje. 

To martwić się czy nie?!

poniedziałek, 5 maja 2014

Poporodowy problem włosowy

Myślałam, że problem wypadania włosów dopadnie mnie podczas połogu. W ciągu tych 6, magicznych inaczej, tygodni był moment, że znajdowałam sporo włosów na szczotce, ale szybko się to skończyło, a ja popadłam w samozachwyt. Na temat tego, że mnie to nie dotyczy. Że kobiety przesadzają.

Trzy miesiące po porodzie zwróciłam honor tym wszystkim narzekającym kobietom. Moje włosy pojawiły się wszędzie - od łazienki, po kuchnię, a nawet znajdowałam je coraz w Pampersie. Taaa, serio! 

Oczywiście zaczęłam stosować maseczkę Biovax, farbowanie odłożyłam na później i nawet przycięłam włosy dość drastycznie. Ostatni zabieg pomógł na ok tydzień i zaczęło się od nowa. Miałam jeszcze kilka pomysłów, ale żaden nietrafiony.

Jesteście moją ostatnią nadzieją - da się coś zrobić z tymi włosami, czy mam przeczekać? Nam nadzieję, że nie wyłysieję do tego momentu...

niedziela, 4 maja 2014

Majówka za nami czyli 18/52 i NUNA


Jakoś tak po cichutku zakradł się do nas maj, a wraz z nim 5 miesięcy życia Zosi. Za tydzień, wejdzie oficjalnie w 6 miesiąc, a mi pozostanie pół roku na macierzyńskim. Ale to jeszcze chwilka, więc nie psujmy sobie nastroju :)

Majówka upłynęła na pracach ogródkowych, spotkaniach ze znajomymi i zabawach z Zochem. Cały tydzień był z nami Ojciec Rodziny! Oby więcej takich wspólnych chwil!

Tymczasem Zofia zmieniła furę i przesiadła się do spacerówki. Gondola bardzo ją denerwowała i była w łasce tylko podczas snu. Gdy dziecię spać nie chciała musiało brykać, fikać, mieć podniesione plecy, w związku z czym wciąż się zsuwała. Tak jak kiedyś pisałam średnio podoba mi się koncept spacerówki od wózka 3w1 - jest wysoka, ciężka, zajmuje mnóstwo miejsca. Przeprosimy się z nią pewnie w zimę, gdy będzie duży śnieg, obecnie Zoch jeździ wozem marki NUNA, w kolorze winogronowym :)

Jest zachwycona tym, że może oglądać caaaaały świat! Obserwuje wszystko, gaworzy i wyciąga łapki. Pierwsze wrażenia pozytywne. Mam nadzieję, że odczucia się nie zmienią :)

Miłego maja!

poniedziałek, 28 kwietnia 2014

17/52 i kilka słów irytacji


Nie, irytacja nie jest na tle mego jakże cudownego dziecka. Posiadanie jednak owej córki kwalifikuje mnie to napisania kilku słów, odnośnie "wspaniałych rad" otoczenia. 

W Polsce trzeba urodzić naturalnie. Koniecznie! Jak ktoś wybierze cc, to jest złą matką już na wstępie. Chociaż sama byłam i jestem zwolennikiem porodu sn, to do cholery - jak ktoś boi się, ma wskazania, czy ma takie "widzimisię" to niech rodzi cc. To jego sprawa! Co mi do tego? Ja się nie wpieprzam i proszę o to, żeby mnie nie pouczano, nie moralizowano i nie wkładano mi do głowy swoich przekonań. 

Karmić trzeba piersią. Koniecznie! Inaczej dostanie się miliard pouczeń, gorzkich słów. "Nie karmisz? Skaza białkowa? Laktoza? Noooo, my wytrzymałyśmy 7 miesiący." Fajnie, ja wytrzymałam miesiąc. Może jestem słaba, może za szybko się poddałam. Jest to jednak kwestia moich cycków, nie znajomej, czy pielęgniarki w punkcie pobrań. Dosyć mam opowiadania historii o dolegliwościach Zosi, ostatnio więc ucinam rozmowy. Tłumaczyć się nie muszę. Następne będę chciała karmić, może tym razem mi wyjdzie.

No i ubierać ciepło trzeba koniecznie! Najmniejszy podmuch wiatru zabić może przecież dziecko. Starsza Pani w kolejce do rejestracji przede mną zwróciła mi uwagę, że dziecko postawione w foteliku na ziemi może zostać przewiane. Nieważne, że temperatura na zewnątrz to ok 23 stopnie, a dziecko ma czapkę (fakt, bez uszu!) i bluzę. Przeziębić się przecież może! Uprzejmie odpowiedziałam, że nic jej się nie stanie, Pani jednak kontynuowała wywód. Po raz kolejny powiedziałam, że na pewno nic jej nie będzie. Widocznie mój ton zniechęcił ją do dalszej rozmowy. 

Jest jeszcze miliard rzeczy, które w Polsce powinno się robić, a które np. w UK są odwrotne. Tam karmienie piersią jest czymś dziwnym, ba! podobno za nie płacą. Nie wiem czy to dobrze, źle. Po prostu jest inaczej.

U nas trzeba cierpieć, nie brać znieczulenia, karmić mimo wszystko i nawet w 30 stopniowym upale zakładać sweterek i szczelną czapkę.Oczywiście wszystko dla dobra dziecka!


wtorek, 15 kwietnia 2014

W taki dzień na dzisiaj...

... chce mi się płakać. 

Bo mąż cały dzień w pracy, ba - wróci w nocy, bo ma jakieś tam pracowe sprawy.
Bo deszcz padał i wyjść na spacer nie mogłam.
Bo mimo ogarnięcia domu i "zrobienia" 3 pralek wciąż jest syf.
Bo żałuję, że nie ma blisko mamy, która pomoże.
Bo rodziny jakiejkolwiek brak.
Bo niewiele osób znam w tym mieście.
Bo jak Zosia zasnęła, to koty miauczą.
Bo... 

Jest wiele "bo". W taki dzień jak dzisiaj. I chociaż córka spisywała się wzorowo i śmiała się, gdy ją łaskotałam, to jednak chce mi się płakać.

Czasami myślę o tym, że fajnie byłoby wrócić do pracy za jakiś czas. Być wśród ludzi, zrobić prezentację po angielsku i narzekać, że klient znowu ma jakiś problem. Pewnie po miesiącu miałabym dosyć i wciąż brakowałoby mi mojej Zosi, ale coś by się działo. Kocham ją całym sercem i nie wyobrażam sobie zostawić jej teraz samej, ale czasami brak mi tego pędu. Tych tłumów w tramwaju, szybkiego lunchu. 

Pewnie, gdyby mąż pracował do 16, a w pobliżu byłaby mama wszystko stałoby się prostsze. Ale tak nie jest. Kropka! Muszę sobie jakoś radzić. 

Dzięki temu mam wspaniałą więź z córką, wiem czy płacze, bo jest głodna, czy już się znudziła zabawką. W moich ramionach usypia w kilka sekund, u nikogo innego nie. Dzięki temu jestem silniejsza, więcej się uczę i poznaję swoje granice. Ale fajnie byłoby czasem powiedzieć "pomóżcie" i odetchnąć, przystanąć na chwilę...